Każde pokolenie błądzi na temat Szekspira na nowy sposób.
Thomas Stearns Eliot
W jego dzieciństwie wiele było intrygujących zjaw prawdziwszych niż ludzie żywi, najulubieńszą jednak i nie do zapomnienia okazał się Golliwogg, pajacyk z pokrytego węglową czernią drewna, zawsze w niebiesko-czerwonym kostiumie, o oczach z płaskich guzików. Miał pod opieką kilka lalek, wśród nich – Liliputa, i dla zdławienia nudy codzienności organizował im i sobie przygody wcale nie bombastyczne. Obrazki pomiędzy zdaniami książki – nie kłamały. Nocą zjawy toczyły w parku niedozwolone pojedynki na śnieżki, innym razem porwali je ludożercy, a kilka stron wcześniej lub później Golliwogg zbyt brawurowo prowadził samochód, co skończyło się bandażami na drewnianych główkach i kuśtykaniem o kulach.
Tak, była to fikcja nie do zapomnienia. I pół wieku później Vladimir Nabokov, którego proza wiele razy gościła duchy zmarłych w postaci motyli, ciem, pająków bądź wiewiórek – a też samego Williama Szekspira, lecz pod własnym jego imieniem, w postaci jego własnych słów – na stronach autobiografii „Pamięci, przemów” wraca do Golliwogga z epoki swego chłopięctwa, do tamtej błyszczącej książeczki z bajkami, co była teatrzykiem kolorowych obrazków. Powtarzają się śnieżki, ludożercy, kraksa i reszta iluzji. Lecz nade wszystko powtarza się podniebny lot drużyny Golliwogga sterowcem uszytym z żółtego jedwabiu, do którego dołączono tyci balonik na wyłączny użytek Liliputa, co go Nabokov zwie „szczęściarzem” oraz „małym solistą”. I oto znów lecą, jak wtedy.
„Nasi aeronauci tulą się do siebie z zimna na olbrzymiej wysokości, którą ów statek osiągnął, a zagubiony mały solista, budzący we mnie po dziś dzień ogromną zazdrość mimo trudnego losu, szybuje obok w przestwór mrozu i gwiazd – sam jak palec”.
Dziś, w 410. rocznicę śmierci Williama Szekspira widzę obrazek prawie taki sam – żółty sterowiec wprawdzie przepadł wśród gwiazd, lecz solista wciąż szybuje po orbicie. Parzę na kosmiczną fotografię sprzed trzech lat, kiedy to z okazji 400. rocznicy wydania legendarnej księgi 36 scenicznych bajek Szekspira – tomu zwanego Pierwszym Folio – ludzkość wysłała monstrualnym balonem na krawędź kosmosu monolog Tezeusza ze „Snu nocy letniej” – frazy o wyobraźni stwarzającej iluzje mocne niczym rzeczywistość – oraz szybę z repliką portretu twórcy „Burzy”, replikę zdobiącego tytułową stronę Pierwszego Folio miedziorytu Martina Droeshouta, młodzieńca, który nic o Szekspirze nie wiedział, więc klecił jego twarz ze snutych mu opowieści, a głównie z cytowanych mu fragmentów teatru Szekspira.
Wciąż patrzę. Na pierwszym planie – szyba z twarzą kiedyś rytowaną ze słów – z tego, jak słowa usłyszał, poczuł, pojął biedny Droeshout. Oblicze nieudolne, lecz, paradoksalnie – świetne, gdyż sztuczne niczym buzia lalki scenicznej. Twarz marionetki, samotnej jak palec, która bez trudu mogłaby zagrać każdą z postaci zaludniających 36 bajek Szekspira. Teatr zastygły na szybie. Pod szybą, daleko – obłoki. Pod nimi – Ziemia. Za nią – mrok. Pod obłokami, w chwili, gdy przytwierdzony do stratosferycznego balonu aparat robił rzeczone zdjęcie – w ilu teatrach grano „Hamleta”? W owej sekundzie trzasku migawki, uwieczniającego lot wielkiego solisty – na ilu scenach Książę zadarł głowę i nazywając widmowy obłok wielbłądem, łasicą oraz wielorybem, zrobił z Poloniusza galaretowatego durnia? Lecz jest tutaj coś jeszcze, ukryte.
Pisała Wisława Szymborska: „Spojrzał – dodał mi urody”. Książę trzema słowami dodał garstce bezładnej wilgoci konkretne życie ssaków. Z niczego – stworzył wielbłąda, łasicę i wieloryba. Stworzył trzy okruchy rzeczywistości. Jak kto woli – cząstkę realnego świata. Czy słowa Szekspira, jego rytmy, intonacje, metafory, językowe obrazy nie są czymś na podobieństwo petryfikującej strzały, która zjawom, przeczuciom, snom i innym obłokom wyobraźni nadaje tyleż twardość kamienia, co skórę, miękkość, odcień, zapach, ciepło albo chłód? Nabokov uczył, że Szekspir jest tak naprawdę nieogarnionym fenomenem językowym, więc o całej reszcie lepiej milczeć, aby nie zagłuszać brzmień stwarzających świat od początku, do końca. Eliot, wiele lat temu przepowiadając nam nasze wokół Szekspira wieczne, nieuchronne błądzenie, mówi w istocie o naszych zbyt dla Szekspira płytkich uszach, ale i o naszej pyszałkowatości, zwłaszcza u młodych reżyserów, którzy lekko i bez wahania zwykli własnymi brzdękami scenicznymi kitować rozległe szekspirowskie kompozycje, co ich po prostu nie usłyszeli.
Tak, lepiej w ogóle milczeć. Znów patrzę. Balon z niepowtarzalnym solistą wciąż leci, niespiesznie okrąża Ziemię orbitalną ścieżką. Obłoki. I cisza. Cisza. Słychać jedynie Tezeusza.
„Poeta w szale natchnienia to wznosi
Oczy ku niebu, to znów wbija w ziemię;
A gdy imaginacja mu podsuwa
Domysł nieznanych rzeczy, jego pióro
W kształt je obleka i zwiewne nicości
Przyszpila nazwą do miejsca w przestrzeni”
W dole, daleko w dole pod niepowtarzalnym solistą widać białego wielbłąda, białą łasicę i białego wieloryba.
Paweł Głowacki









