Aktualności

„Wieczór dla Woźnicy” – nowy felieton Pawła Głowackiego

Udostępnij:
Małe dziecko ubrane w wytworną białą suknię z czepkiem, trzymające mały kwiatek i koszyk, stoi na ciemnym, prostym tle w klasycznym stylu portretowym - odzwierciedlającym refleksyjny ton felietonu Pawła Głowackiego.
Małe dziecko ubrane w wytworną białą suknię z czepkiem, trzymające mały kwiatek i koszyk, stoi na ciemnym, prostym tle w klasycznym stylu portretowym - odzwierciedlającym refleksyjny ton felietonu Pawła Głowackiego.

Paweł Głowacki

Wieczór dla Woźnicy

Bo ja gdy czytam, to właściwie nie czytam, biorę piękne zdanie do buzi i ssę je jak cukierek, jakbym sączył kieliszeczek likieru, tak długo, aż w końcu ta myśl rozpływa się we mnie jak alkohol, tak długo we mnie wsiąka, aż w końcu nie tylko jest w moim mózgu i sercu, lecz pulsuje w mych żyłach aż po krańce naczyniek włoskowatych.
Bohumil Hrabal

Gdyby ktoś inny, zwłaszcza dzisiaj, jakiś brawurowy kapłan unowocześniania starych opowieści stanął w amsterdamskim muzeum przed prawie czterystuletnim obrazem Gerarda Terborcha „Helena van der Schelcke jako dziecko” – z radością przemalowałby arcydzieło. Kilkoma machnięciami topornego pędzla wetknąłby wiecznej dziewczynce laptop i komórkę do koszyczka, nosek jej ozdobił kolczykiem a szyję dziarą, sukienkę przemienił w różowe lśniące body, na głowę zaś wcisnął czerwoną czapkę zamorskiego prezydenta, rzecz jasna – daszkiem do tyłu. Ale to nie był brawurowy kapłan unowocześniania. To był Zbigniew Herbert. Zawsze gdy odwiedzał Amsterdam, zachodził do wiecznej Helenki. Szedł w gości, by pogadać. Mówiąc ściśle, nie pogadać, a jedynie usłyszeć jej cichą spowiedź z maleńkich trosk. Milczał, gdyż nie chciał przeszkadzać. I wiedział, że ma niewiele czasu, bo, jak napisze w podróżnym kajecie: „Helena zjawia się tutaj na moment – patrzy na nas z ciekawością i niepokojem – ucieknie zaraz ku swoim niepojętym, dziecinnym światom”. Tak, wiedział, że w starym malowidle, pod farbami – spoczywa obojętne na czas, diabelnie żywe zaklęcie do usłyszenia we własnym milczeniu.

Oczywiście, tę pokorną czułość miał Herbert nie tylko dla portretu Terborcha. W świątyni Posejdona na Przylądku Sunion wetknął nos w pęknięcie kolumny. Znał już wtedy zapach piaskowca, obwąchał przecież wiele gotyckich katedr. Teraz pragnął poczuć woń marmuru. Przypuszczał, że wypolerowany niczym lustro – nie ma on zapachu, gdyż lustra nie pachną. Ale uszkodzony marmur, „odarty ze skóry”, z furtką szczeliny wiodącą do wnętrza? Kto wie, może… Wetknął nos, wciągnął głęboko powietrze – i nic. Przegrał. Być może zapach marmuru jest zbyt arystokratyczny, a może jest nieludzko nikły, albo tak blady, że nie do złowienia przez zmysł szarego śmiertelnika? Przegrał, lecz znalazł pocieszenie. „Przyjadę tu kiedyś w porze deszczu – przyrzekł sobie – kiedy kamienie się pocą, i wtedy odkryję zapach”. Zapach marmuru, w brzuchu kamienia zapach niemej opowieści, starej niczym mity. I podobnie przegrał, choć próbował, tak, w muzeum w Delfach z całych sił pokornej czułości próbował pojąć sekret sławetnej rzeźby z brązu – Woźnicy Kritiosa, jego niepokojących oczu, ze wzgardliwą obojętnością zapatrzonych w czas. Spuścił Herbert głowę i odszedł, w milczeniu układając bezlitosne frazy pokonanego. „To nie my patrzymy na dzieła sztuki, ale dzieła sztuki patrzą na nas. Woźnica Kritiosa patrzył na mnie chłodno, bez aprobaty, i znalazł mnie po prostu nieinteresującym”. Później, na kanwie wszystkich sędziwych opowieści świata, powtórzy to, sparafrazuje. „One będą nas sądzić… To nie tylko my czytamy Homera, oglądamy freski Giotta, słuchamy Mozarta, ale Homer, Giotto i Mozart przypatrują się, przysłuchują nam i stwierdzają naszą próżność i głupotę… Biedni utopiści, debiutanci w historii, podpalacze muzeów, likwidatorzy przeszłości podobni są do owych szaleńców, którzy niszczą dzieła sztuki, ponieważ nie mogą wybaczyć ich spokoju, godności i chłodnego promieniowania”.

Gdyby w powyższych akapitach zmienić tylko odrobinę – obraz, marmur i rzeźbę zastąpić tragediami greckimi, mitami i jeszcze „Weselem” Stanisława Wyspiańskiego – bez śladu wahania można by w miejsce słów „Zbigniew Herbert” wstawić słowa „Włodzimierz Staniewski”. Albo po prostu nazwę „Gardzienice”. Trupa ta niebawem zjawi się w Teatrze KTO. 23 lutego Staniewski pokaże „Ifigenię w Taurydzie” – seans wg Eurypidesa „Ifigenii w kraju Taurów” – i właśnie „Wesele”, ulepione z trzech tajemnic: słów Wyspiańskiego, obrazów Jacka Malczewskiego i nut Zygmunta Koniecznego.

Jednego wieczoru zatem – dwie wieczności. Zapewne doskonała nieobecność doraźnych kontekstów, publicystycznych aluzji, kabaretowych mrugnięć do widowni. I żadnych atrakcji z niepoczytalnego instrumentarium nadwiślańskich kapłanów unowocześniania. Nic tylko nieśmiertelne zapachy wywąchane z dna starych zdań, palimpsestowe opowieści usłyszane pod fasadą słów drukowanych oficjalnie, kształty i rytmy całkowicie zobojętniałe na roszczenia pyszałkowatego czasu teraźniejszego. Założyć się, to ja się nie założę, lecz mam graniczące z pewnością przeczucie, że 23 lutego wieczorem brązowy Woźnica nie będzie na widowni KTO markotny.

Fotografia przedstawia obraz Gerarda Terborcha „Helena van der Schelcke jako dziecko”.

[FM_form id="1"]