Zawsze, gdy wyrastała jej ręka, wiedziała, że teatr jest blisko… Pewności, rzecz jasna, nie ma, lecz gdy ktoś – choćby Mikołaj Gogol, twórca bajki o fantastycznych przygodach nosa, który nieszczęsny cyrulik Iwan Jakowlewicz po pijaku odciął brzytwą asesorowi kolegialnemu Kowalewowi, goląc go w środę – gdy zatem ktoś miary Gogola zabierze się za układanie opowieści o podwójnym istnieniu Anny Burzyńskiej, być może otworzy swą bajkę frazą o nagle odzyskanej przez Burzyńską ręce, pełnej i ciepłej, skłonnej dotykać i czekającej na dotyk. Co dalej w opowieści tej? Dalej – wraca do Burzyńskiej całe ciało, po czym odkręca ona wieczne pióro i zaczyna pisać sztukę teatralną o niewesołym labiryncie miłości. Czuje tak wielką ulgę, że jest na powrót spójna, czuje taką radość i lekkość, że tworzy na stojąco, tańcząc w miejscu przy wysokim pulpicie. Albo, co w pewnym sensie na jedno wychodzi, nie pisze, jeszcze nawet nie zaczęła, tylko biegnie do kina, by setny raz oglądając jeden z filmów ubóstwianego Pedro Almodóvara – w ostatnim rzędzie płakać cicho pod rondem kapelusza. Lub też – co nas zajmuje najmocniej – spaja na kartce jedno z drugim.
Za dnia jest Burzyńska profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, wybitnym naukowcem, badaczem teorii literatury, specjalistą w dziedzinie ścisłej, logicznej, niemal laboratoryjnej. Zwę Burzyńską w starym narzeczu ludzi normalnych, piszę: „badacz teorii literatury”, bo gdybym skretyniał i na fali „metoo” frenetycznie zaskowytał: „osoba teoretyzująca o fikcji” – to by mnie Burzyńska zabiła, a ja bym się nie zdziwił. Wolę żyć w omszałym języku. Wolę żyć i wracać do naukowych ksiąg Burzyńskiej, bo prawda jest taka, że lubię je pasjami. Naprawdę. W ogóle lubię teorię literatury, lubię być przez chłodne, matematyczne mózgi za uzdę prowadzony kreślonymi laserem labiryntami, lubię nieuchronną geometrię ażurowych konstrukcji, lubię stal i rozległe tafle kry. Tak. Lecz wielbię także na ich marginesie powtarzać sobie zagwozdkę innego potężnego teoretyka. Badacze fikcji, powiada on, nigdy nie doszli do oczywistego wniosku: że czyta przede wszystkim nasze ciało, całe ciało, nie sam tylko kawalątek szarych zwojów; czyta ciało, które cierpnie, albo wiotczeje, albo czuje głód, albo właśnie zasypia lub się oto ocyka, przerażone samotnością, mrokiem za oknami, ciszą! I pyta tenże naukowiec, czy nie jest zdumiewające, że laboranci tworzą mocarną teorię lektury, która ma wyjaśnić wszystkie mechanizmy zdań, tworzą gigantyczne instrumentarium laboratoryjne – zarazem dokumentnie przemilczając to, zapominając o tym, bez czego lektura w ogóle nie byłaby możliwa!
Burzyńska nie zapomina. Gdy po miesiącach bycia przezroczystą rzeźbą przy profesorskim biurku naraz spostrzega wracającą do niej własna jej rękę – czeka jeszcze trochę, aż wróci cała reszta, i na zupełnie innym blacie pisze starym piórem filigranowe bajki dla teatru. To znaczy, układając dialogi – w wyobraźni lepi ciała dla dialogów. Tak bywa chyba zawsze, gdy pojawia się zgubiona ręka, i tak było w tym przypadku. Zlepiła Burzyńska swą namiętność do sensualnych iluzji Almodóvara z własnym snem o lekko kwaśnej, trochę farsowej nostalgii kilku kobiet znużonych miłosnymi fiaskami – i napisała sztukę muzyczną „Café Luna”. Niebawem – 19 grudnia – Teatr KTO da premierę tego drobiazgu, wyreżyserowanego przez Józefa Opalskiego nie po raz pierwszy.
Oto cztery znużone życia – Camala, Rovita, Bianca i Emma. Istne pół-widma, pół-duchy, pół-zjawy niegdysiejszych przecudnych księżniczek gdzieś na prześwietnych dworach? Od dawna same już nie wierzą w takie bajkowe pocieszanie własnej przeszłości. Na progu nocy, tuż przed zamknięciem wejdą do knajpki wielkodusznej Loli, która zza baru widziała przez długie lata już wszystko i wysłuchała tysiąc opowieści o głowach staczających się na dno po wszystkich równiach pochyłych świata. Będzie więc Lola łaskawa, wyrozumiała – jeszcze nie zamknie. Pozwoli znużonym cieniom jeszcze trochę w złudnym cieple posiedzieć, tak z godzinę, a może, kto wie?, do samego świtu. Pozwoli im wypić kilka kolejek, co mówię kilka! – kilkanaście, a dokładnie 16, tak, 16 kolejek „Uśmiechu kostuchy”, z których każda będzie, rzecz jasna, kolejką strzemienną. I pozwoli czterem znużonym ciemniom odmalować w gadaniu własne ich porażki sprzed lat, nade wszystko zaś – z towarzyszeniem tria „Gran Ganga” pozwoli odśpiewać, samotnie bądź chóralnie, songi istot skazanych na rojenia bez złudzeń i pocieszeń. Pieśni tych jest tyle ile „Uśmiechów kostuchy”. 16. 16 songów, o różnej gęstości mroku bądź światła, wyłuskanych przez Burzyńską z 13 filmów Almodóvara i przez nią spolszczonych. A każdy – jak każda wódczana kolejka „Uśmiechu kostuchy” – to song ostatni, czyli w istocie nieudany ostatni, nieudany strzemienny, więc następny strzemienny jest niezbędny. Czy jednak okaże się on wreszcie udany czy znów będzie nieudany – to zależy tylko od czterech znużonych cieni, od Loli i tria muzycznego. Taka ich „władza” jest jedyną formą szczęścia, na jaką mogą liczyć tej nocy. Choć jednak… Oto drzwi knajpki nagle się otwierają i staje w nich…
Dość, wystarczy. Nie wolno zdradzać finałów bajek. Mogę jedynie dodać, że nie stanie się tak, jak żeście przed momentem pomyśleli, że się stanie. Po prostu – ciała niekiedy zaskakują. Zobaczycie.
Paweł Głowacki – Ręka









