Aktualności

Gdakanie kwoki – nowy felieton Pawła Głowackiego

Udostępnij:
Osoba pokryta białą farbą i plamami przypominającymi krew przykuca na szarej podłodze, pozostawiając za sobą rozmazany czerwony ślad i krople, przywołując obrazy przypominające felieton Pawła Głowackiego lub niepokojące gdakanie kwoki.
fot. archiwum prywatne

Nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę
William Ockham

 

Gdy minutę temu przypomniałem sobie kolorową fotografię, co tydzień temu mignęła mi gdzieś wraz z informacją „Jubileuszowa edycja Międzyuczelnianego Przeglądu Sztuki Performatywnej aKTOmaR”, mruknąłem: worek? Patrzę w mętną pamięć. Tak. Oto na pustej, kiedyś białej podłodze, całej w majaczących rysach, plamach i cieniach – samotny pękaty worek z przaśnego płótna koloru starej mąki. Jaka tajemnica wewnątrz? Na płótnie i podłodze – czerwone ślady, farba lub krew. I coś jeszcze. Idący przez środek worka, wybrzuszający go gruzłowaty pałąk. Ogon małego dinozaura, skamieniały grzechotnik, może kręgosłup tygrysa albo… Czyżby?… I to już wszystko. Mało? Owszem, tyle że mało to zawsze jest wystarczająco wiele, by uchyliły się furtki skojarzeń, ech, dawnych performansów, czyli, jak uczy słownik – przedstawień.

Oczywiście, owa pękata zjawa na kolorowej fotografii to w rzeczywistości nie jest worek, to artysta sztuki performatywnej w trakcie estetycznego wydarzenia. Ale powiem tradycyjnie: aktor po prostu. Aktor w mącznym, obcisłym kostiumie, embrionalnie skulony, plecami w górę. Aktor, więc gra. Gra na scenie, a scena w teatrze. Słowem – nic nowego. Eklezjastes znów ma rację. Kto wie, tego aktora w tej roli być może zobaczę w Teatrze KTO, na Festiwalu aKTOmaR, 8, 9 lub 10 stycznia? Mam tę nadzieję. Lecz teraz idzie do mnie przez uchyloną w głowie furtkę mała Rebeka, jak w „Stu latach samotności” Gabriela Garcii Marqueza szła, wciąż idzie z Manaure.

Nie więcej niż jedenaście lat, ogromne wystraszone oczy, zielonkawy odcień skóry, brzuszek jak bębenek, zniszczona sukienka i ledwo żywe lakierowane buciki, czarne kokardy u warkoczyków, na prawym nadgarstku bransoletka z kłem drapieżnika oprawionym w miedź jako amulet przeciw chorobie oczu. Rzecz jasna i nieuchronna: ssie palec. A w porze obiadu znów połknie garść mokrej ziemi, tym razem z doniczki z hibiskusem, a potem znów będzie lękliwym spojrzeniem szukać w powietrzu muzyki zegarów z kurantem, kupionych od Arabów za papugi. A dobytek, co go taszczy? Płakać się chce. Węzełek z bielizną, drewniany fotelik na biegunach zdobny w ręcznie malowane kolorowe kwiaty, no i to, co najboleśniejsze. Pamięć – worek z żaglowego płótna pełen kości jej rodziców. Przy każdym poruszeniu pamięć grzechocze, przywodząc na myśl gdakanie kwoki. Gda-gda-gda… Najostrzej słychać to „a”, uparcie powracające. A-a-a-a… I uchyla się kolejna furtka. Widzę pękaty worek na ziemi, podobny do worka z mego wspomnienia kolorowej fotografii, tylko o wiele ciemniejszy.

Mały brązowy tobołek leżący na ziemi w rogu pustego placu Dżemaa el-Fna. Tak go maluje Elias Canetti w „Głosach Marrakeszu”. Zmierzch w zmierzch z tobołka dobiegał tylko jeden jedyny dźwięk – uparta skarga albo przestroga, zaklęcie może, może przepowiednia – niskie, długie, przeciągłe a-a-a-a-a-a-a, podobne do brzęku owadów. „Nigdy nie widywałem niczego więcej poza ciemnym, szorstkim kawałkiem tkaniny”, wyznaje Canetti, widz Canetti. „Nigdy nie zobaczyłem ani ust, ani oczu, ani policzków. Brązowy, brudny materiał był naciągnięty na głowę niczym kaptur i przykrywał wszystko. Nigdy nie widziałem, żeby podnosił pieniądze, które mu rzucano. Może nie miał rąk. Może nie miał języka, żeby wymówić „l” w słowie „Allach”, i imię Boga skróciło się do „a-a-a-a-a-a-a”. Jednak żył i z nadzwyczajną pilnością i wytrwałością powtarzał swój jedyny dźwięk, który potrafił przeżyć wszystkie inne”. Nie wiadomo, czy brązowy tobołek milkł kiedyś na dłużej. Zdawać się mogło, że performans tobołka, jego pod gołym niebem snuty teatralny seans „Los”, nie ma końca.

Ile jeszcze jest uchylonych w przeszłość furtek? Ciężko zliczyć, a i tak w finale trafiamy jeśli nie na początek świata, to na początek teatru. Oto Proteusz, starzec morski, na wysepce Faros pomieszkujący pasterz fok Posejdona. Parał się przepowiedniami, rozjaśnianiem najciemniejszych zagadek przyszłości, lecz nade wszystko – nie chciał wieszczyć. Nie chciał sprawiać bólu snuciem scenariuszy nie do ominięcia? Chyba. W kluczowych momentach uciekał. Krył się – w teatrze. Był, jest arcymistrzem przeistoczeń, metamorfoz, zmian postaci swojej. Na pstryknięcie stawał się czymkolwiek: drzewem, skałą, lwem, rzeką, inną cząstką rzeczywistości. I genialnie grał owe role! Wciąż gra, bo mitologia jest formą wieczności. Być może więc to Proteusz jest skuloną istotą podobną do worka w kolorze starej mąki, workiem z kośćmi rodziców Rebeki i brązowym tobołkiem na placu Dżemaa el-Fna o zmierzchu? Także teatr to forma wieczności. Zatem – co i komu dają te mnożące się frędzle typu: performans, teatr klasyczny, awangardowy i tradycyjny, teatr tańca, teatr pantomimy, baletowy teatr, operowy i operetkowy, i muzyczny, i polityczny, i społecznie zaangażowany, i rewolucyjny, i studencki…? Co dalej? Jutro zjawi się pływacki, narciarski oraz wędkarski? A za miesiąc – wędliniarski i obuwniczy?

Jest teatr. Kropka. Albo nie ma teatru. Kropka. Kiedy jest, dzieją się cuda zdumiewające. Weźmy dla przykładu ulepiony ze słów teatr Marqueza. Scena przybycia Rebeki do Macondo. Czytam frazy o worku pełnym ludzkich kości, który brzmi niczym gdacząca kwoka. Czytam i słyszę, wyraźnie słyszę za plecami gdakanie kwoki. Gdyby nie było teatru – gdyby nie Marquez wyśnił i wyreżyserował scenę przyjścia Rebeki – nic bym nie usłyszał. Chyba rzucę ptakowi trochę ziaren słonecznika.

Paweł Głowacki – Gdakanie kwoki

 

[FM_form id="1"]