I znów pójdziemy! Zdarzy się to w sobotni wieczór. 13 września, o godzinie 18.30, pod strażą słów „Kronika Polska. 1025-2025” wyruszy spod Bramy Floriańskiej kolosalna przeszłość nasza. Tysiąc lat zacznie wolno iść ulicą Floriańską w stronę Rynku Głównego. Tysiąc lat skrytych w stu, dwustu, trzystu znakach scenicznych, śladach. W ocalałych strzępach, resztkach, łupinach. Na straganie pod Halą Targową widziałem kiedyś szablę ułańską. A może dostrzegłem ją w którymś z obrazów Jacka Malczewskiego – „Błędnym kole” lub „Melancholii”? Jednak – pod Halą, na targu staroci. Czasy Malczewskiego – to dla tej białej broni byłoby za wcześnie.
Szabla ułańska zatem – lecz nic specjalnego. Żadna wykwintność. Między teatralną lornetką o spękanych soczewkach a żołnierskim butem bez sznurówki – ot, lekko wygięte, wąskie żelazo z trywialną rękojeścią. Najwyżej dwa kilo rdzewiejącej samotności za góra trzy dychy, ale można było się targować. To wszystko. Tyle ocalało. W ostatecznym rachunku – zawsze zostaje mało. Trochę marności.
Tak, korowód, co w sobotni wieczór wyruszy spod Bramy Floriańskiej, w istocie będzie melancholijnym korowodem pamiętliwego pchlego targu tysiąca lat, przez twórców – Jerzego Zonia i Bronisława Maja – skomponowanym z 10 tematycznych segmentów. Chłopi, Mieszczanie, Rycerstwo, Wieliczka, Militaria, Religia, Nauka, Technika, Sztuka, Szkolnictwo. Myślę, że pomiędzy trzystoma scenicznymi znakami raz i drugi mignie ułańska szabla. Na pewno mignie, przecież ułańskość była cząstką 10 wieków nad Wisłą. Podobnie jak były nią kosy na sztorc, migające w realności przełomu XIX i XX wieku – po czym błysk ich na amen zastygł w olejnych farbach dwóch wspomnianych obrazów Malczewskiego, dwóch portretów tłumnych korowodów polskich widm.
Chłopczyk z pędzlem w garści, jasny Malarczyk na szczycie drabiny, a wokół niego krążą w powietrzu zjawy z przeróżnych światów, zdobne dziesiątkami artefaktów mitologiczno-patriotyczno-politycznych. Oto skóry lampartów i kajdany syberyjskie, oto ludowe fatałaszki i kopyta Satyrów, jeszcze chusty, jeszcze krakowska czapka, jeszcze wiiele podobnych sensualnych śladów. To „Błędne koło”. A na płótnie „Melancholia”, przy lewej krawędzi – drobna postać artysty, odwróconego do nas plecami. Muska pędzlem taflę obrazu, z którego wypływa i nad podłogą sunie w stronę uchylonego okna gęsta, ogromna gromada nieważkich postaci i setek pamiętliwych przedmiotów. Kapłani i kosy, dzieci i księgi, strzelby i zrozpaczone kobiety, spiskowcy i bagnety, i więźniowie, i polscy żołnierze Napoleona, i skrzypce, i cała reszta biednych łupin przeszłości. Płynący na pierwszym planie chłopczyk trzyma w palcach niewielką szklaną klepsydrę bez piasku, albo z piaskiem bezpowrotnie nieruchomym. Ów napowietrzny pchli targ sunie ku uchylonemu oknu, za którym, w oddali – pastelowe szczęście widnieje bez końca. Więc jest nadzieja? Nie ma. Po drugiej stronie okna, tuż przy szybach, stoi kobieta w czarnej szacie – strażniczka przejścia z pokoju czasu ludzkiego do przestrzeni bez czasu. Wszystko, na co stać korowód pchlego targu, to dotknąć parapet. Po czym – wrócić do obrazu w kącie pokoju, aby kiedyś znów wysunąć się z tafli i spróbować raz jeszcze, i jeszcze, i jeszcze… I znów…
Tadeusz Kantor wielbił „Błędne koło” i „Melancholię”. Uczył, że Malczewski to w istocie jest wielki reżyser teatralny. Kto wie, gdyby nie Kantora zachwyt postacią okutanej czernią pani przed oknem – może nie zjawiłaby się w jego seansie „Nigdy tu już nie powrócę” milcząca Piękna Pani, niespiesznie spacerująca spłachetkiem dzielącym „tutaj” od „tam”? I gdyby nie dwa korowody Malczewskiego – w „Umarłej klasie” zmarli może nie powtarzaliby rozbujanej Walcem François wędrówki wokół szkolnych ławek, a demoniczne figury rewii „Niech sczezną artyści” nie maszerowałyby tak nieubłaganie na proscenium, by z siebie oraz z artefaktów swego zastygłego życia zbudować kolosalną barykadę, która, jak się łudzą, obroni ich przed ciemnością?
A Stanisław Wyspiański? Malczewski, i nie tylko on, powiada, że Chocholi Pląs w „Weselu” jest uziemionymi w Bronowicach korowodami „Błędnego koła” i „Melancholii”. Andrzej Wajda zrobił nie jeden, a kilka kroków dalej. Przecież całe jego „Wesele” to zlany potem korowód opętanych. Co dalej? Choćby „Salto” Tadeusza Konwickiego, gdzie spocony korowód przepoczwarzył się w katatoniczny dygot człekokształtnych kukieł. No i jeszcze Jerzy Zoń. Ile jego wielkich widowisk plenerowych zmieniało się co chwilę w krótkotrwałe koliste korowody duchów i rzeczy? Nie tylko wielkie widowiska, małe także wirują – choćby „Arcadia” bądź „Bal”. Nie wspominając już o jednej z dawnych edycji Festiwalu Teatrów Ulicznych, kiedy sproszeni przez Zonia artyści z połowy globu – wędrowali wokół Rynku Głównego, prowadzeni melodią Nino Roty, jeśli pamięć mnie nie myli – rytmem z finału „Osiem i pół” Federica Felliniego.
Tym razem korowód pchlego targu nie okrąży kamiennej płyty. Wszystko zatrzyma się przy Sukiennicach od strony Wieży Ratuszowej i wybrane z wędrownego tłumu postacie będą wygłaszać lub śpiewać poetyckie kawałki, finezyjnie zrymowane przez Bronisława Maja ślady najistotniejszych wydarzeń tysiąca lat, od koronacji Bolesława Chrobrego poczynając, na Okrągłym Stole i aktualnych atrakcjach sejmowych kończąc…
Nie. Finał będzie jednak inny. Gdy zamilknie pchli targ, gdy znieruchomieją tysiącletnie widma – aktor stanie na podniebnym balkonie Wieży Ratuszowej i wyrecytuje wiersz Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego „Ojczyzna”. „A nam, którzyśmy w drodze,/niechaj…”. Wybrzmi ta prośba. A dalej – garść słów, imion tego, co ważne. Co ważne nie mniej niż ułańska szabla, lecz do przeoczenia łatwiejsze niż ona. Ptak, blask szyby, czerwona pelargonia, liść w strumieniu, lampa nocą, szmer traw, śnieg. I jeszcze kość. I gruda.









