Fokker! Jednomiejscowy myśliwski trójpłatowiec z I wojny światowej. Czarodziejski sokół, karmazynowy w czarne krzyże na skrzydłach i ogonie. Mój Fokker! Co oczywiste – nie oryginał, nie jeden z 320 wyprodukowanych w roku 1917 lotnych arcydzieł. Model skomponowany przeze mnie, powiedzmy, pół wieku temu. Stoi sobie, staruszek, na półce, przed grzbietem tomu z „Aeroplanami w Bresci” – reportażem Franza Kafki z lotniczych pokazów we Włoszech – obok jego „Przemiany” i „Listów do Mileny”, tych opowiastek nietoperzowych, jak zwał je Kafka, tak melancholijnie pokazanych w KTO przez seniorów. Czasem przyglądam się memu Fokkerowi. Dziś także. Lecz właśnie dziś – ze specjalną atencją. W dniu urodzin Jerzego Zonia – cóż sensowniejszego uczynić można niż odświętnie patrzeć na majestatyczny samolot? Gdzie szukać lepszej metafory losu Zonia?
No bo właściwie kiedy Zoń nie latał? Bodaj tylko na początku, gdy ze swych rodzinnych gór na Uniwersytet Jagielloński wędrował po odbiór indeksu wydziału polonistyki, a gdy przybył, monstrualne wrota auli głównej, którym profesorowie dawali radę tylko gdy pchali trójkami – błyskawicowym muśnięciem pięści otworzył z takim łomotem, że szykującemu się do wręczania indeksów rektorowi odświętny beret spadł z głowy i zjeżyły się sobole na ramionach, zaś pewien chłopięcy kandydat z Łodzi, tyci i kruchy niczym ebonitowa laleczka, zaczął poważnie dumać, czy by natychmiast nie zmienić kierunku studiów na możliwie najdalszy od zainteresowań giganta z gór, co wrotom wpierdol spuścił jedną ręką. Owszem, wtedy trzymał się Zoń ziemi. Mam jednak pewność, że gdy ja kończyłem modelarskie arcydzieło, przytwierdzając Fokkerowi śmigło, Zoń, jako aktor Teatru STU, z „Sennikiem polskim” lub „Exodusem” – dokądś leciał. I rzecz nie tylko w tym, że tak mu już zostało. Rzecz głównie w tym, iż mania wędrowania napowietrznego z roku na rok pęczniała. Pewnie dlatego gdy patrzę dziś na idącego Zonia – widzę człowieka, który czuje się trochę nieswojo.
Kolejne pytania. Zliczył ktoś elementy awiacyjnego losu Zonia? Te bilety, linie lotnicze, samoloty i ich rodzaje, te docelowe i początkowe lotniska na Ziemi całej, w końcu już nie godziny, nie dni i tygodnie, nawet, jak sądzę, nie miesiące, a lata w powietrzu. Czy księgowy jakiś, kronikarz, Gall Anonim bądź Kadłubek – porachował tę Saharę i w opasłej księdze uwiecznił? W każdym razie, gdyby Franz Kafka żył, śmiało mógłby napisać „Przemianę 2”, która by się tak oto zaczynała.
„Gdy Jerzy Zoń obudził się pewnego rana z niespokojnych snów, stwierdził, że zmienił się w łóżku w cudowny samolot. Stał dostojnie na pasie startowym gładkiego prześcieradła, a kiedy odwrócił głowę, zobaczył swój pokryty karmazynowym płótnem kadłub, takież skrzydła w trzech poziomach i zamiast czarnych krzyży na nich i na ogonie – papilarne linie kciuka, znak Teatru KTO. Co się ze mną stało? Nie musiał pytać. Dobrze wiedział. To nie był omam. To był on jako fantastyczny Fokker”.
I niechybnie podobnie sprawa innego suplementu by się miała, gdyby Sławomir Mrożek wciąż był tutaj. Jeden z jego sławetnych rysunków ukazuje polskiego chłopka, co pod wierzbą sobie leży z rękami pod głową i źdźbłem trawy w zębach, a tuż nad nim unosi się refleksja, memento, życiowe motto chłopka i jego rodaków: „Jak wstanę, to się położę”. Gdyby Mrożek żył, nowe kreski ułożyłyby się w Zonia na pokładzie samolotu lecącego, powiedzmy, do Korei Południowej, w Zonia, który nachyla się nad siedzącym obok małym skośnookim jegomościem i powiada: „Coś mi szepce, że jak wyląduję, to wystartuję. Ciekawe, nieprawdaż?”
Rzecz jasna – prawdaż. I nie tylko prawda losu Zonia tkwi w manii latania, ale i pewnego rodzaju nieuchronność, więcej nawet – związek głębokiej zgody. Nie o to chodzi, że teatr KTO bez ustanku wędruje, a latanie – zwłaszcza gdy o wielkich odległościach mowa, o pokonywaniu kontynentów, oceanów oraz stref czasowych – jest przecież najwygodniejszą i najskuteczniejszą formą podróżowania. Chodzi o to, iż sztuka teatru jest z natury swojej, wybaczcie banał, ulotna, jest lotem metafor wciąż umykających. Zwłaszcza sztuka teatru Zonia, teatru pozbawionego pocieszenia słów, co jaśniejsze i bardziej jednoznaczne są niż milczenie – materia seansów KTO.
Tak, latający Jerzy Fokker Zoń jest z w zgodzie z Zoniem, który kiedyś wyśnił choćby „Zapach czasu”, „Ślepców” oraz „Sprzedam dom, w którym już nie mogę mieszkać”, a niedawno – „Arcadię”. Jest w zgodzie z wszystkimi linoskoczkami, których od lat sprowadza na festiwale teatrów ulicznych, aby wysoko nad głowami nielotów snuli lotne opowieści o światach ulotnych. I mam pewność, że byłby w głębokiej zgodzie z Cosimo Piovasco di Rondó, szlachetnie urodzonym chłopczykiem, który w baśni Itala Calvino „Baron drzewołaz” dnia 15 czerwca roku 1767, dotknięty topornością nielotnego świata, wspiął się na ostrolistny dąb w parku rodzinnej posiadłości i po gałęziach kolejnych drzew – ruszył w świat. Na ziemię nie zszedł już nigdy. Miłość, lęk, rozczarowania, radości, bóle i ukojenia, wszystko, co zwie się życiem – spełniło się dlań kilka, kilkanaście metrów nad życiem. Miało inny smak. Lżejszy. Prawdziwszy. Bardziej bezlitosny.
Może byś tak więc, szanowny jubilacie, lecąc skądś, dokądś, przeczytał „Barona drzewołaza”? I może dałoby się… z tą baśnią ulotną… coś zrobić… na scenie przy Zamoyskiego… albo na rozległej płycie Rynku Podgórskiego…? Jakby nie było, Cosimo jest trochę podobny do ciebie. Owszem, on wlazł na dąb ostrolistny, a ty – pofrunąłeś. Lecz wybacz mu. Cosimo nie mógł inaczej. Przecież za jego czasów samolotów jeszcze nie było.
Paweł Głowacki – Urodziny długiego lotu









