15 lipca o 22.00 Ośrodek Praktyk Teatralnych Gardzienice pokaże na Rynku Głównym seans, którego już sam tytuł, a cóż mówić o reszcie, wymaga czasu zupełnie innego niż nasz, chorobliwie zdyszany. Trzeba zwyczajnie przestać histerycznie przebierać nogami, trzeba ochłonąć i wyrównać oddech, a wtedy naprawdę usłyszy się ten rozległy nagłówek plakatu: „Miłość i pogarda, pokój i wojna. Rzecz o Świętosławie – córce Mieszka, oraz Olafie – synu Tryggve, i o wieku X, kiedy rodził się nowy świat”. Tak, usłyszy się to naprawdę i dalej nic już nie zdziwi. Bez względu na to, czy aktorka grająca Świętosławę wejdzie na scenę jako blondynka, brunetka czy szatynka – z pewnością nie zjawi się w trampkach z najnowszej kolekcji pekińskiej. Będą to trepki na wzór niewieścich trepków sprzed 1000 lat. Wikingowie wpłyną łodzią zamierzchłą, a nie jachtem, który na rufie posiada lądowisko dla helikopterów. I ktoś w walce polegnie, to nieuchronne, lecz polegnie nie od ciosu zadanego „ajfonem” najnowszej generacji, co to na rozkaz kawę z mlekiem zrobi i zaśpiewa, lecz rekwizytem dokładnie małpującym sędziwy miecz bądź topór. Owszem więc, ani to, ani nic podobnego człowieka nie zdziwi 15 lipca o 22.00, jeśli przestanie człowiek nowocześnie dyszeć. Pojmie, że na scenie nie mogło być inaczej, gdyż tak w Gardzienicach było od zarania teatru w roku 1977.
Od 48 lat Włodzimierz Staniewski tworzy teatr z przeszłości. Wędruje opłotkami świata przebierającego nogami. Nawiedza wioski, przysiółki, dziury, pustki osadzone na urnach i kurhanach. Nawiedza je, szuka w nich i znajduje ślady, resztki, odpryski – przedmioty, obrazki, strzępy melodii, choćby na starożytnych wazach zamarłe w farbach gesty taneczne, nuty, twarze i maski, i jeszcze wyblakłe słowa, albo jakieś tajemne znaki, które nie wiedzieć o co proszą ze strzępów kruszejącego papieru. Cokolwiek. Wszystko, co ocalało. Zbiera ów piękny plankton czasu przepastnie przeszłego, zwozi do Gardzienic i tworzy zeń teatralne opowieści. Ale tworzy je – zostawiając w spokoju omszały plankton. Nie łamie znaleziskom kości, aby podołały rytmowi nowocześnie tupiących stóp. Jest na odwrót. Namiętności aktorów, ich intymność, ich temperament, ich głosy, oddechy, ciała całe – przysposabia do stareńkich kawałków życia, co nieruchomo majaczą w znaleziskach. Przy czym nie chodzi o klecenie teatralnej cepelii, o pokazy dawnych obyczajów, o skansen. Chodzi o zlepianie czasów. O oczywistość, że w sferach naprawdę istotnych – nie ma przepaści. Że to, co istotne, nie wraca z daleka, bo nie musi. Nie wraca, gdyż nigdy nigdzie nie odeszło. Po prostu – jest.
Jest, trwa w nadwiślańskich zakulisowych norach, ale przecież nie tylko tutaj. Gdzie nie trafił Staniewski? Takie miejsca, rzecz jasna, łatwiej porachować – bo był prawie wszędzie. Apeniny choćby, Lotaryngia… Także Włochy. Na przykład – marginalne sadyby Toskanii, a stąd w sumie niedaleko do prowincji Parma, do punku zwanego Ozzano Taro, gdzie świętej pamięci Ettore Guatelli dawno temu stworzył domostwo starego planktonu, zwane Muzeum Czasu. Przez dziesiątki lat wędrował po zapomnianych wioskach całej prowincji, wydłubując z piwnic, strychów i stodół najbiedniejsze przedmioty, już wyłączone z użytku, na pozór „martwe”. Narzędzia wszelkiej maści, porcelanę, kuchenne naczynia, biedne zabawki, fragmenty rolniczych sprzętów, tekturowe walizki, klamki, zawiasy, framugi okien i drzwi, kikuty mebli, to i tamto, wszystko, wszystkie ocalałe rzeczy czasu przeszłego, ale też omszałe opowiastki, naskrobane na pożółkłych karteluszka lub tylko przez Guatellego zasłyszane w drodze. Szkoda wymieniać. W sumie – zgromadził ponad 60 000 najprzeróżniejszych śladów i w swym rodzinnym obejściu, składającym się, niczym siedziba teatru Staniewskiego w Gardzienicach, z kilku budynków, na ścianach, sufitach i schodach, a także na placu przed budynkami, skomponował z nich tajemne struktury, harmonijne labirynty, wzory niepokojące niczym kropkowe tatuaże na twarzach Indian południowoamerykańskiego plemienia. Jeden z biografów Guatellego, zachowując twarz zupełnie kamienną, snuje opowieść o pewnej fujarce… A może była to jedynie piszczałka?
Czymkolwiek jest ów instrument dęty, Guatelli znalazł go w miejscu tak odległym od oficjalnej teraźniejszości, że nazwa nie jest temu miejscu do niczego potrzebna. Piszczałka – sama bieda! Wzruszająca marność, nieporadnie wystrugana z sosnowej gałązki. Pewnej nocy Guatelli oczyścił biedę z kurzu i ostrożnie w nią dmuchnął, jednocześnie skacząc palcami po otworach. Od wieków śpiąca w piszczałce melodia podniosła się, zarazem budząc dziesiątki tysięcy znalezisk Guatellego. Nie trwało długo, jak stare rzeczy opuściły sufity, ściany i schody – i kolosalną kawalkadą, jedne sunąc kamiennym traktem, inne lecąc kilka metrów nad ziemią, wiedzione melodyjką piszczałki ruszyły do zapadłych miejsc, w których ongiś były cząstkami opowieści, inaczej zwanej szarym życiem. Czy trzeba dodawać, że rytm ich wyprawy nic nie miał wspólnego z rytmem dzisiejszego naszego przebierania nogami? O poranku wszystkie rzeczy wróciły do Ozzano Taro. I tyle. To już koniec historyjki.
Nie wiem, czy Staniewski odwiedził muzeum Guatellego, czy widział niepokojące labirynty na ścianach, sufitach i schodach. Mam tylko przekonanie, że jego spektakle dobrze by się czuły w tym wcale nie żałobnym, klekoczącym kondukcie, pewnej dalekiej nocy niespiesznie sunącym – jak na początku „Burzy” Williama Szekspira mawia Prospero – tam, za czarne plecy czasu.
Paweł Głowacki – Piszczałka









