Aktualności

Zofia Żwirblińska: Wewnętrzne „łkanie” zamieniłyśmy w „kłamanie” i tak powstała „Głupia gęś” [WYWIAD]

Udostępnij:
Osoba z wyrazistym makijażem, w tym z mocno podkreślonymi brwiami i pomarańczowymi ustami, wpatruje się intensywnie w obiektyw, dotykając palcem swoich ust. Przypomina Zofię Żwirblińską z niedawnego wywiadu; ma na sobie szary rękaw, a potargane włosy częściowo zakrywają jej twarz.
fot. Józefina Kiełb

Z Zofią Żwirblińską, zwyciężczynią open calla na premierę kameralną w ramach programu Przestrzenie – Sztuki – Taniec – Kraków, rozmawiamy o najnowszym spektaklu “Głupia gęś”syndromie oszusta i… kontrolowanych katastrofach

70% osób przynajmniej raz w życiu stwierdziło, że ich kompetencje są zbyt małe i nie zasługują na swoje miejsce. Kiedy Ty stwierdziłaś to ostatnio?

Szczerze mówiąc, stwierdzam to dość często. Szczególnie teraz, kiedy pracuję nad spektaklem i towarzyszy mi wiele pytań, wyzwań, piętrzących się z dnia na dzień niepewności.

Syndrom oszusta – stan permanentnego zwątpienia… Myślisz, że to choroba cywilizacyjna XXI wieku?

Wśród osób z mojego otoczenia ten temat przewija się zaskakująco często. I nie mówię tu tylko o świecie sztuki, lecz o ludziach z zupełnie różnych środowisk. Ale czy jest to choroba? Nie wiem, jednak na pewno mówi się o tym coraz głośniej.

Twój najnowszy spektakl „Głupia gęś” powstaje w ramach programu Przestrzenie Sztuki – Taniec – Kraków. Wygrałaś open call na premierę kameralną. Co pomyślałaś, kiedy poznałaś wyniki konkursu? „Udało się” czy „zasłużyłam”?

Myślę, że bliżej było i wciąż jest mi do stwierdzenia „zasłużyłam”. Wniosek, z którym aplikowałam, był przygotowany bardzo rzetelnie, świadomie i starannie. Nad tym projektem pracuję już od dłuższego czasu, więc wiedziałam, że nie wysyłam suchego konceptu, tylko żywy, wielowątkowy materiał, który albo zarezonuje z komisją, albo nie. Z pewnością byłam zaskoczona, bo rzadko osoby w moim wieku wygrywają takie konkursy. Tym bardziej jestem wdzięczna za zaufanie.

W spektaklu nie zabraknie wątków autobiograficznych. Czy “Głupia gęś” to Twój osobisty akt odwagi?

Można tak powiedzieć, aczkolwiek nie chciałabym narzucać sobie aż takiej presji. Odsłanianie własnych doświadczeń i wplatanie w scenariusz wątków autobiograficznych bez wątpienia wymaga przekroczenia pewnej granicy komfortu. Jednak dla mnie największym aktem odwagi jest nie tyle sam godzinny materiał, który widzowie zobaczą na scenie, ile cały proces twórczy. Mówię o wyborach, które zaczęły się na samym początku drogi, tych, które podejmuję teraz, i tych, które czekają mnie aż do premiery, a nawet dłużej. Już sama forma spektaklu – godzina spędzona samotnie na scenie – jest ogromnym wyzwaniem. Dochodzi do tego odpowiedzialność za przeprowadzenie projektu od początku do końca, mądre zarządzanie całą tą sytuacją, twórcza wymiana z zaproszonymi artystami – Patrycją, Olą i Michałem, zadbanie o komfort zespołu oraz mnóstwo innych kwestii. To właśnie w sumie tych małych, codziennych kroków szukałabym tej odwagi.

Choć spektakl jest bardzo osobisty, nad jego kształtem pracowałaś z dramaturżką, Patrycją Kowańską, znaną z duetu Gruba i Głupia. Jak w praktyce wyglądała wasza współpraca nad zamianą osobistych doświadczeń na uniwersalny język teatru?

Patrycję zaprosiłam do współpracy w momencie, kiedy udało mi się zdobyć stypendium kulturalne miasta Gdańska. Na tamtym etapie miałam nagromadzonych mnóstwo obrazów, znaków, pejzaży i słów. Patrycja pomogła mi wynurzyć się z tego zebranego intuicyjnie jeziora inspiracji i precyzyjnie nazwać temat. Z racji tego, że nie lubię się uzewnętrzniać bezpośrednio, a symbole i narzędzia artystyczne, które dobieram, bywają dość tajemnicze, nasza praca polegała przede wszystkim na odpowiednim ustawieniu komunikacji z widzem. Chodziło o to, aby te osobiste doświadczenia, które ukryłam pod siatką symboli-kontrastów, stały się dla odbiorcy możliwe do rozkodowania. Krótko mówiąc: wewnętrzne „łkanie” zamieniłyśmy w „kłamanie” i tak powstała „Głupia gęś”.

Zaznaczasz, że w spektaklu kompromitacja staje się świadomym materiałem artystycznym. Jak trudno było zaprojektować własną, kontrolowaną „katastrofę”?

Zacznę od tego, że pojęcie kompromitacji traktujemy w tym spektaklu dość przewrotnie. Sama wizja zaprojektowania – nazwijmy to – „katastrofy” była dla mnie niezwykle uwalniająca. Choć czy to rzeczywiście będzie katastrofa? Wbrew pozorom to zadanie wcale nie okazało się takie trudne. Wiedziałam, że pracując z Patrycją, mogę w pełni odblokować swoją kreatywność i po prostu zaszaleć. Igrając z kompromitacją, w jakiś dziwny i nieoczywisty sposób otworzyłam sobie furtkę do spełniania moich małych scenicznych marzeń. Więcej jednak nie zdradzam – sami Państwo zobaczą, przychodząc na spektakl.

Gęś w Twoim spektaklu nie jest wyłącznie metaforą. Dlaczego właśnie to zwierzę stało się figurą kompromitacji i ciała, które „nie chce już być grzeczne”?

Gęś przydreptała do mnie już jakiś czas temu. W kulturze to zwierzę kojarzy się dość specyficznie, raczej jest nacechowane negatywnie. Ponieważ bardzo lubię bawić się słowem i selektywnie je dobierać, od razu wiedziałam, że kryje się tu ogromny potencjał znaczeniowy i sceniczny. Kiedy pojawił się pomysł na spektakl dotykający syndromu oszusta, gęś stała się idealnym punktem wyjścia do pracy z ciałem zanurzonym w poczuciu ciągłego podważania własnej wartości. W końcu „głupia gęś” to potoczne, lekceważące określenie kobiety postrzeganej jako naiwna czy bezmyślna. Jednocześnie ma ona w sobie niesamowitą, surową fizyczność. Jest głośna, syczy, nie dba o elegancję. Na scenie ta figura staje się więc ratunkiem – pozwala ciału zrzucić gorset poprawności i po prostu się uwolnić.

W jaki sposób udało Ci się przełożyć psychozę syndromu oszusta na język ciała?

Może zacznę od tego, że swoje ciało na scenie – ale też w codziennej praktyce – traktuję jak obiekt. Podchodzę do niego z perspektywy chłodnej, co daje mi możliwość zdystansowania się. Rozbrajając syndrom oszusta, a więc pracując na materiale niezwykle miękkim i bliskim, przyjęłam równie analityczną strategię. Razem z Patrycją skupiłyśmy się najpierw na rozpracowaniu jego części składowych, a następnie na znalezieniu sytuacji scenicznych, które wchodziłyby z nimi w dialog. Sam język ruchu zrodził się dość organicznie. W przeciwieństwie do słowa, które zawsze zawiera się w pewnych ramach i definicjach, ruch nie ma ograniczeń – jest wolny, a więc i plastyczny. Z tej wolności wykrystalizowała się większość materiału choreograficznego, który powstawał w procesie improwizacji opakowanej w konkretne założenia, a także w drodze eksperymentów bazujących na pomysłach kuriozalnych.

Czy środowisko artystyczne, z ciągłą presją na bycie „wystarczającym”, jest idealną pożywką dla syndromu oszusta?

Ta presja z pewnością nie pomaga. Środowisko artystyczne w dużej mierze opiera się na ciągłym wspinaniu się w górę i nieustannym, często wręcz mimowolnym porównywaniu. Zwłaszcza na początku drogi rzadko kiedy jesteś tylko ty – na castingu czy audycji zawsze pojawia się układ: ty albo ktoś. W takiej codzienności pojęcie bycia „wystarczającym” przewija się notorycznie i myślę, że to ono często generuje te wszystkie zwątpienia. Do tego dochodzi przecież całe to niestabilne zaplecze naszej pracy: mała liczba etatów w teatrach, brak ubezpieczeń czy problem z emeryturami dla artystów… ale to już temat na zupełnie inną rozmowę.

Jakie słowa musiałby usłyszeć artysta od widza, żeby w pełni i bez poczucia winy uwierzył, że jest we właściwym miejscu?

Może zabrzmi to nieco sztampowo, ale jeśli ktoś po spektaklu podejdzie i powie nawet zwykłe „dziękuję”, to już jest ogromnie dużo. Rzadko kiedy teraz rozmawiamy – kończy się pokaz i wszyscy po prostu się rozchodzą. Mnie z pewnością tych rozmów z publicznością bardzo brakuje.

Premiera spektaklu “Głupia gęś” już 29 sierpnia o godz. 19.00 na deskach naszego teatru. 

[FM_form id="1"]