Pogrzebano go, ale przez całą noc żałobną jego książki, ułożone po trzy w oświetlonych witrynach, czuwały jak anioły z rozpostartymi skrzydłami i zdawały się symbolem zmartwychwstania tego, którego już nie było.
Marcel Proust „Uwięziona”
Ile tomów zdołali zabić przez jedną minutę zeszłego czwartku, gdym zerkał na portret Bohumila Hrabala, sekretnego opiekuna Teatru KTO, wiszący w gabinecie Jerzego Zonia? Tysiąc? Dziesięć? Jedną? Oni – wypchane trocinami, szczurzo szare, mętnie człekokształtne klocki bez twarzy i o podniebieniach z paździerza – aby mieć czym tuczyć AI – rżną książki stadami. Jak leci skupują antykwaryczne, biblioteczne, prywatne zbiory i piłą odcinając księgom grzbiety – stare opowieści zmieniają w gruz zdań. Po czym wpychają gruz w trzewia AI, by miała czym rzygać ku chwale sztucznego jutra. Na koncie klocków jest już trzy i pół miliona trupów, ot – Biblioteka Jagiellońska. Lecz suczka wciąż nienasycona, więc że piła tańcowała także w zeszły czwartek – to pewne. I nie ma żadnych powodów, aby ocaleć miała akurat „Zbyt głośna samotność” Hrabala i jego drobiazg „Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać”.
Bohater „Samotności…”, Hańtia – cień Hrabala – też zabija książki. W piwnicy przy ulicy Spalonej w Pradze od trzydziestu pięciu lat miażdży w archaicznej prasie stary papier wszelkiej maści, więc i literaturę. Mozolnie przemienia szeleszczące stosy w skazane na kwas sześciany. Wyznaje: „Nie jestem niczym więcej niż subtelnym rzeźnikiem”. Tak. Lecz nie w samym zabijaniu rzecz. I nie czas, by analizować, dlaczego Hańtia musi mordować. Po prostu bywa, że jest się bezsilnym wobec konieczności ponad ludzką miarę. Rzecz natomiast w tym, iż jasny ten człowiek wie, co zabija. Wie, bo przed egzekucją – czyta skazanych. I to jak! „Ja gdy czytam, to właściwie nie czytam, biorę piękne zdanie do buzi i ssę je jak cukierek, jakbym sączył kieliszeczek likieru, tak długo, aż w końcu ta myśl rozpływa się we mnie jak alkohol, tak długo we mnie wsiąka, aż w końcu nie tylko jest w moim mózgu i sercu, lecz pulsuje w mych żyłach aż po krańce naczyniek włoskowatych”. Gdy tak się czyta, książka przestaje być upstrzonym czarnymi znakami papierem, staje się cząstką świata fauny, jak Hańtia, jak każdy, tyle że cząstką znającą zaklęcia, które czytającemu pozwalają dostrzec wiele, wiele pojąć. Dlatego gdy zabija książki z siłą dwudziestu atmosfer, słyszy Hańtia trzask szkieletów. „Jakbym śrutował w ręcznym młynku czaszki i kości miażdżonych w prasie klasyków, jakbym prasował zdanie Talmudu: Jesteśmy jako oliwki, dopiero kiedy nas miażdżą, wydajemy z siebie to, co najlepsze”. Dlatego w istocie nie kleci trywialnych papierowych pustaków. On celebruje odświętne pożegnania. Stwarza dla tomów sześcienne urny, zdobne reprodukcjami dzieł Rembrandtów, Monetów lub Cézanne’ów. Na dnie każdej kładzie książkę otwartą na frazie, którą chwilę temu ssał niczym cukierek. Czy nie podobnie Hrabal smakował realność?
Na pozór zwyczajne cząstki mijanej rzeczywistości lub pamięci falującej w snach na jawie, i wsłuchiwanie się w nie, przyglądanie się im, dotykanie niespieszne. Tym wypełnione dni. A potem – celebracja odświętnego pożegnania, piękne urny akapitów, na kartach opowieści układane przez Hrabala dla ssanych za dnia cząstek świata i pamięci, by nie przepadły bez śladu w czasie. Właśnie tym, słownymi urnami, pulsuje „Zupełny Kafka”, pierwszy drobiazg tomu „Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać”. Dawny spacer Ungeltem… Widmo markizy della Strade… Dawny upadek dzwonu z wieży kościoła Tyńskiego… Prosząca o pocałunek gosposia pachnąca borówkowym winem… Kobieta z kroplą krwi na ustach, przyglądająca się miastu spod cienistych arkad… Samotny ząb świecący nad dolną wargą starowinki… Wiele jeszcze podobnych cząstek na dnie urn… A w finale opowieści wyznanie ulgi: „Więc tonę w pełni szczęścia, zaślubinach, radościach, u braci Zinnerów odfajkowuję zajączki, króliczki, pamiątkowe kapliczki, włosy anielskie, ozdoby choinkowe, zabawki. Rozumie pan?”
Nie wiem, jak inni, ale Zoń zrozumiał. Wiele lat temu, w starej siedzibie KTO – baraku przy Gzymsików – zmieniając frazę „nie chcę” na „nie mogę”, z prozy Hrabala stworzył seans „Sprzedam dom, w którym już nie mogę mieszkać”. Ta pamiętna godzina, może legendarna, miała rytm „Zupełnego Kafki”. Ale nie było w niej wędrowania przez Pragę, była podróż przez pamięć gromady mrocznych piechurów, czekających na pociąg, na ostatni pociąg, na koniec, jak Hańtia, jak każdy. Cóż im pozostało? Celebrować w wyobraźni przeszły los. Odfajkowują więc niegdysiejsze zajączki i króliczki życia: pogrzeby, narodziny, łzy, uśmiechy, fiaska, zdobycze, słowem – szczęścia i nieszczęścia. Inscenizują na peronie małe urny teatralne. Hańti pewnie spodobałoby się takie czekanie. A na końcu, niczym w epilogu jego ballady o samotności brzęczącej starymi słowami, lekki i pogodzony wszedłby do swej archaicznej prasy i nacisnął guzik…
Wystarczy. Niech zostanie ten obrazek. Po co gadać dalej? Nie chce się. Już nie chce się pisać o mętnie człekokształtnych klockach bezmyślnie zabijających książki po to jedynie, by suczka AI mogła pawiować bigosem z porżniętych Proustów, Nabokovów, Szekspirów oraz innych Hrabalów. I strach przypominać, że jazgot piły tańcującej z klasyką jest ulubioną arią nadwiślańskiej awangardy scenicznej. Być Hańtią? Dziś? Trzeba by nie tylko czytać, ale na domiar mordęgi – czytać ze zrozumieniem. A to stanowczo za trudne.
Paweł Głowacki










