Aktualności

Straż z palca – nowy felieton Pawła Głowackiego

Udostępnij:
Grupa ludzi w ciemnych pelerynach z kapturami, niektórzy z pasami linowymi, stoi i dramatycznie gestykuluje w ciemnym, przypominającym tunel otoczeniu z niesamowitym oświetleniem. Jedna postać w bieli prowadzi innych, którzy wydają się podążać za nią lub wyciągać rękę.
fot. Paweł Labe

Gadali, gadali, po czym – gadali. Nic w tym specjalnego. Byłem ostatnio na widowni teatru, powiedzmy, klasycznego, aktorzy więc gadali, co na scenie jest przecież zupełnie naturalne. Gadali zgodnie ze swoim przeznaczeniem, powołaniem, fachem. Gadali, choć czy nie celniej byłoby powiedzieć: wygłaszali?

Tak, wygłaszali, oznajmiali, niby kelnerzy kawę na tacy – zdania serwowali klientom czekającym leniwie po drugiej stronie rampy. Przy użyciu mikrofonów, chyba także mikroportów, do kamery lub nie do kamery – oznajmiali różnego rodzaju gotowe, domknięte, w niewzruszonej stylistycznej formie na amen zastygłe sądy, mądrości, przesłania. Przez godzinę, dwie, trzy, a później jeszcze przez pół. Siedząc na widowni – w gruncie rzeczy nic nie trzeba było robić ze swym mózgiem, czuciem, niepewnością, zwłaszcza z niepewnością, gdyż miejsca na żadną niepewność nie było. Wystarczyło tylko owe sentencje pasywnie przyjmować do wiadomości, przyjmować na wiarę, na słowo honoru scenicznego, tak jak się to robi, gdy ktoś, proboszcz lub profesor, z marsową miną recytuje wiekuiste wytyczne: „Dwa plus dwa równa się cztery”, albo: „Pamiętaj, chemiku młody, wlewaj zawsze kwas do wody”, lub też: „Nie pożądaj żony bliźniego swego. Amen”.

Kilka dni temu tak sprawy się miały na widowni zacnego teatru klasycznego, aż nagle przyszedł mi do głowy wpierw spektakl bardzo stary, „Wiwisekcja” Mirona Białoszewskiego, po chwili zaś – wyreżyserowany przez Filipa Rudnickiego seans „Plaga”, który 16 i 17 czerwca o godzinie 20.00 zjawi się premierowo w Teatrze KTO. Mówiąc precyzyjnie, wpierw przyszedł do głowy grzebień, solniczka i trzepaczka, później zaś – ruch jak makiem zasiał.

Lat temu 71 to palce Białoszewskiego grały w „Wiwisekcji” główne role. Były doktorami-scholastykami, dyskutującymi z sobą w poetyce prawd niewzruszonych. Jakby klepały pacierze, zasypiając. W tym procederze głoszenia prawd niewzruszonych doktorzy-scholastycy czuli się niczym ryby w wodzie. Aż do chwili, gdy nad ich główkami w kształcie czubków palców zawisły potężne kawałki milczenia. Brak słów niby chmura nadpłynął trzykrotnie, ucieleśniony trzema najzwyczajniejszymi pod słońcem formami, banałami wprost z kuchni. Wpierw grzebień, później solniczka, na końcu zaś – trzepaczka do ubijania jajek lub śmietany. Trzy przedmioty niczym trzy nieme, zastygłe gesty, co spokój burzą i drażnią nerwy samą swą bezdźwięczną obecnością. Co na to palce? Momentalnie w popłochu! Bo cóż owi goście górnolotni znaczyć mogą? Jaką tajemnicę skrywają? Jakiej opowieści nie chcą snuć na głos? Na co czekają, wisząc tak i milcząc? Może na to, że palcowi doktorzy-scholastycy zbudzą się ze snu lukrowanego bezpiecznymi sentencjami serwowanymi do wierzenia, zbudzą się, przemienią w widzów znów przytomnych, i – każdy z palców osobno w ciszy swej makówki – zaczną snuć, dosnuwać milczeniu podniebnych przedmiotów swą własną palcowatą opowieść? Właśnie tak! I zapewne nie inaczej winno być w KTO, na kolejnym sensie bez słów, który – jak choćby „Arcadia” i wiele innych, ulicznych i tych pod dachem – mógłby na swej chorągwi wymalować memento doktorów-scholastyków. „Kto – ile trzyma straż z palca/ przed swoim językiem,/ ten – tyle jesteś w niebiesiech/ form pięknie wiszących”.

Grzebień, solniczka, trzepaczka – i pląsająca pantomima „Plagi”. W istocie jaka między nimi różnica, skoro w trzech przedmiotach oraz w pląsie aktorów KTO – identyczne kuszenie milczenia? A opowieść będąca źródłem „Plagi” prosta jest i sędziwa. To legenda sprzed siedmiu stuleci. Oto horda bezlitosnych szczurów opanowało niewinne miasto Hameln. Ludzie, domy, pokarmy, zwierzęta – w szczurzych szczękach wszystko nieuchronnie obraca się w gruz, pustkę, trumny. Ostateczna nicość zdaje się jedynie kwestią czasu. Lecz Duch niepojęty (może Bóg?) zlitował się i przysłał tajemniczą postać, flecistę-wirtuoza, który potrafi muzyką brać we władanie wszelkie zło i nie tylko zło. Zaczyna grać – i szczurze hordy stają się mu powolne, z pokorą wędrują za flecistą wprost do rzeki, która pochłonie wszystkie ogony. Miasto jest ocalone, życie wraca do kamiennego pół-trupa. Tak. Życie jest ocalone, lecz włodarze miasta nie przestali być kretynami. Nie raczą, czciciele urzędniczego cwaniactwa, wynagrodzić flecisty tak, jak obiecywali, chcą go zbyć dukatową marnością. I wtedy tajemniczy muzyk wędrowny zaczyna grać po raz drugi… Co teraz stanie się z miastem?

Tu porzucam legendę, która przez siedem wieków opowiadana była dzieciom tysiące razy. Ba! Bracia Grimm przeistoczyli ją w bajkową prozę, Robert Browning utkał na jej kanwie niebywale finezyjny stylistycznie poemat, z którego na scenie KTO nie uchował się ani jeden wers. Filip Rudnicki odpowiedział na stare słowa samymi gestami. Kroki, pląsy, ruchy głów, a wszystko wedle prawideł muzyki jakichś innych flecistów. Z tego zrobiony jest seans, wobec którego palce mistrza Mirona zapewne powtórzyłyby swoje pouczenie, które w epilogu „Wiwisekcji” skandują dla siebie oraz widzów, wpierw po żydowsku, a później w naszym narzeczu. „Gut is fun a haser a hor” – „Dobrze jest/ wyrwać świni/ choć jeden włos”. Owszem. Tylko że aby wyrwać ze sceny choć cień najmniejszego sensu, trzeba samodzielnie ruszyć głową, a nie czekać na kelnera.

Paweł Głowacki

[FM_form id="1"]