Paweł Głowacki
Przypadek Kaspara Pröckla
Dzieło sztuki znaczy więcej niż dzieło filozoficzne, gdyż to, co spowijają znaki, jest głębsze od oczywistych znaczeń. To, co daje do myślenia, ważniejsze jest od samej myśli.
Gilles Deleuze
1 i 2 maja szykują się wprawdzie pikniki – w ogrodach Teatru KTO nastaną godziny majówkowego relaksu, rozleniwienia, może nawet dyskretnych półsnów na kocach, albo śmiało wprost w świeżej trawie – lecz raczej nie będzie piknikowo łatwo. Nie będzie aż tak klarownie, jak bywa choćby w restauracjach. Wchodzisz tam, siadasz przy stoliku, kelnera przywołujesz, zamawiasz pomidorową – i po chwili kelner przynosi pomidorową. Komunikacyjnie – sytuacja jasna. Żadnych zagwozdek, myślenie i czucie można wyłączyć, bo niby nad czym dumać, w co się wczuwać, gdy sedno twej wizyty zaserwowano oto na tacy jawnie, szczerze, bez zagadkowych woalek? Pozostaje ci prosta jak drut konsumpcja – bezrefleksyjne przyjmowanie tego, co podano do przyjęcia. Jeśli nawet brać ogrodową scenę KTO za tacę – ani 1, ani 2 maja pomidorowa jednak się nie pojawi. Pojawią się songi Bertolta Brechta i Kurta Weilla, i nie tylko ich songi.
„A co też żołnierz przysłał żonie swej/ Z pięknej Pragi, serca Czech?”. Na przykład – to pytanie padnie. A po nim odpowiedź: „Z pięknej Pragi dostała tylko buty klockowe/ I kartkę z dopiskiem, że buty całkiem nowe./ To dostała z pięknej Pragi tej”. Bożena Zawiślak–Dolny, Sylwia Chludzińska, Iwona Konieczkowska albo Aleksandra Konior–Gapys. Któraś z tych pań, co przybędą z brechtowskiego spektaklu Józefa Opalskiego „Uczycie nas, jak suknie się podnosi”, śpiewnie postawi pytanie i śpiewnie nań odpowie w rytmicznej zgodzie z pianinem Jacka Bylicy, kontrabasem Grzegorza Frankowskiego, akordeonem Olega Dyyaka i skrzypcami Agnieszki Bugli-Bylicy. Wybrzmi ta zwrotka, a później reszta opowiastki – i w ogrodzie KTO, mam tę nadzieję, zaczną się kłopoty. Tak. Gdyż trzeba będzie się w trawach obudzić i zacząć myśleć, czuć. O ile w pomidorowej chodzi o to, że jest pomidorową, nie ogórkową, o tyle w songu Brechta i Weilla z pewnością nie o to, że buty klockowe, to buty klockowe, więc nie czółenka. O cóż więc chodzi rzeczywiście?
Manifesty, odezwy, instrukcje obsługi bólów społecznych, tezy i przesłania, słowem – kamienne prawdy na tacy podane ludowi do pasywnego wierzenia, do przyjmowania bez szemrania na dnie głów. Z drugiej strony – słowa tańcujące w nutach, minutowe seanse niedopowiedzeń, śpiewne rebusy, zagadki, metafory, po prostu teatr momentalny. W powieści „Sukces” Lion Feuchtwanger odmalował owe dwie twarze Brechta, skrywając go w postaci Kaspara Pröckla. Raz więc ambitny ten młodzian poci się i jęczy nad rozklekotaną maszyną do pisania, próbując upichcić, że tak powiem, pomidorowy artykuł „O zadaniach sztuki w państwie marksistowskim”. Poci się i jęczy, bo nie dość, że zdania okazują się z konieczności trupio klarownymi truizmami dla nierozgarniętej dzieciarni, to jeszcze czcionki „e” oraz „x” odbijają się krzywo i trzeba je ołówkiem ciągle prostować, aby lud nie musiał trudzić się domysłami. A teraz twarz druga.
Pröckl, lekki i dyskretny, w żółtych, zniszczonych butach i odzieniu całym w plamach niczym cały w kolorowych rombach kostium Arlekina – staje na środku pokoju, każe zapalić wszystkie światła, chwyta za banjo i skrzekliwym głosem melorecytuje songi z grubsza o tym, czego tyczył pomidorowy artykuł. Jest wyzywająco dotkliwy, pełen rebusów do rozwikłania, niedopowiedzeń, zagadkowych sfer dających do myślenia. Budzi i niepokoi obudzonych. Metaforami doskwiera głowom śmiertelnie rozleniwionym ideologicznymi truizmami. Jest sobą. Jest teatrem w pigułkach songów.
Kaspar Pröckl wiedział dokładnie – powiada Feuchtwanger – jak się ma sprawa z funkcją sztuki w państwie marksistowskim. A raczej – widział to dokładnie. Widział, gdyż zawsze myślał tyleż myślami, co obrazami. Lecz kiedy katorżniczo przepoczwarzał je w prozę gazetowej odezwy – produkował zwłoki jasne niczym słońce. Dopiero gdy nadawał obrazom umykający kształt ballad – pokoje, nocne knajpy lub sceny teatralne zapełniał drobinami nieuchwytnego życia.
O cóż więc naprawdę chodzi z prezentem dla żony żołnierza, z tymi klockowymi butami od praskiego szewca? Trzeba się lękać, że w ogrodach KTO z automatu staną się one dla widowni obuwiem nie z Pragi, a z Polski. Ściśle mówiąc – klockowymi bucikami o Polsce dzisiejszej, bowiem tak się jakoś w teatrach porobiło, że cokolwiek się dziś na scenie zjawia – staje się zjawą o Polsce. Kiełbasa? O Polsce! Goła dupa? O Polsce! Rower, Szekspir, wojna w Wietnamie, szkapa Don Kichota, piach w dłoniach Antygony, biały wieloryb, czarny kot, gęś, cokolwiek innego – wszystko jest o Polsce! Nawet Chrystus, zwłaszcza w dziele Kozyry – on także o Polsce!… Polska! Polska! Polska!… Polska gola, Polska gola, taka jest kibiców wola!… I wszystko jasne niczym smak pomidorowej. Można dalej spać spokojnie. Można nie myśleć. Bo niby po cóż ci myśleć, teatromanie, skoro teatr tak świetnie pojmujesz bez myślenia?









