Znalazłszy pół kilo nieśmiertelności Zofia jęknęła „Matko Przenajświętsza!” i przeżegnała się trzy razy. Od świtu porządkowała spiżarnię w rodzinnej chałupie pod miastem. Czegóż tam nie było! Peklowana cielęcina, ogórki kiszone, konfitury, pietruszka i marchew, rondle z grochem i solą, rzepa, flaszki żuru, miski z ryżem, z kaszą jaglaną, suszony koperek, wstęgi skostniałych borowików, korale czosnku… Szkoda gadać – zwyczajnie wszystko.
Reprezentanci wielu pokarmowych epok, także sprytne wymysły nowoczesności: a to rosół w kostkach, a to zupy błyskawiczne, a to styropianowe kubki z proszkiem takim, że nic, jeno wrzątkiem zalać, pomieszać, minutę odczekać – i już masz godne Paryża purée ze skwarkami bądź cebulą. Tak, w przepastnej spiżarni trwało wszystko, co, niczym huba na pniu, od zarania chałupy, epoka po epoce, moda za modą, uporczywie pęczniało. A na dole – wór kartofli. Odsunęła go Zofia. Później przepchnęła w bok skrzynkę z czerwonymi burakami i na czworakach, z prawym uchem przy ziemi, spojrzała pod najniższą półkę, niczym pod szafę, w najdalszy kąt spiżarni, jak by tam było zgubione w czasie źródło chałupy, losu całego – i nagle dostrzegła go… „Matko Przenajświętsza!… Nie może być!…”
A jednak było. Szklane widmo w mroku. Słój z mąką, ulubiony słój prababki Genowefy, pierwszej władczyni spiżarni. Słój, w nieustającym zgiełku zmieniających się nowości, zwłaszcza awangard, tych bezalkoholowych wódek i innych schabowych z trawy – wciąż coraz niżej w hierarchii półek przestawiany, zapominany coraz łatwiej i coraz mocniej samotny. Melancholijny artefakt. Gdy Zofia starła ze szkła kurz, przez poetę zwany ciałem czasu, ukazała się stara, zmęczona biel w proszku, biel zmatowiała i płaska, jak gdyby zmieszana z popiołem. „Znak stamtąd, od Katarzyny, że wszystko u niej w porządku, tak!”, szepnęła i postawiwszy szklany znak na najwyższej półce – zamknęła spiżarnię.
Czas jej było wracać do domu. Banalna trasa, znana na wylot. Aż tu nagle (jak w bajkach), gdzieś w Rynku Głównym – plakat zmienia ją w słup soli. Kolejny znak krzyża, raz jeszcze: „Matko Przenajświętsza!”. Zobaczyła na ścianie twarz stworzoną z bieli bliźniaczo podobnej do zmęczonej mąki prababki Genowefy, oblicze ułożone do snu na chuście zrobionej z takiej samej bieli. A obok hasło: „KTO ULICA FESTIVAL 39. 3-5, 10-12 LIPCA 2026”. I nazwę tegorocznej edycji Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Ulicznych – tytuł legendarnej baśni Federica Felliniego: „La Strada”.
Ta twarz. Jak biała maska. Bądź twarz skryta w masce z bieli znużonej czasem. Albo odwrotnie – maska udająca twarz. Lub – to najpewniej – tożsamość. Twarz będąca maską, która jest twarzą identyczną z maską identyczną z twarzą… I tak w nieskończoność. Już nie do rozklejenia charakteryzacja i prawda, fikcja i rzeczywistość, mąka i skóra. Słowem – klaun, czyli los. Znużony klaun, jeden z wielu klaunów w historii, albo klaun modelowy, klaun wszystkich klaunów i zarazem echo innych zjaw podobnego autoramentu. Co śni? Koło trocin w blasku reflektorów? Lub kogo? Dawne swoje wcielenia? Birbantów z księgi mimów Sofrona, którą Platon pod poduszką aż do śmierci trzymał niby motto „Nie zapominaj o śmiechu!”? Arlekina śni? Pulcinellę? Pierrota? Marcela Marceau, którego losem był Bib w kapelutku całym w kwiaty? Zastygających w cyrkowym filmie Felliniego starych czerwononosych królów rechotu? Kuglarzy Ingmara Bergmana? Niemego Hamleta w poemacie gestów Henryka Tomaszewskiego? Gelsominę w „La Stradzie”, baśni o wędrowaniu bez końca i miłości? A może śni malownicze stadko dokazujących cudaków, co ich od czterech dekad Jerzy Zoń zwołuje latem do Krakowa, by wciąż od nowa powtarzali swoje stare numery, na które są skazani, którymi są?
Teraz znów je powtórzą. Powtórzą siebie. W teatralnej spiżarni, zmiennej i napastliwie migotliwej jak Herberta „czarna piana gazet”, spiżarni trzeszczącej w szwach od nadmiaru teatru bezteatralnego i wiader z toporną litą prawdą wprost z ulicy, wypierających delikatną iluzję – dadzą pokaz niezmienności, odegrają wierność starym jak świat formom scenicznym. Nie mogą zrobić nic więcej niż być melancholią powtórzeń. Klaun? Od tego jest, by z umączoną twarzą i czerwonym nosem raczyć gawiedź gagami. Losem linoskoczka – jest jak zawsze spacerować po kresce rozpiętej nad przepaścią. Szczudlarza – na drągach łazić i z góry spozierać na liliputów. Akrobaty – przez mgnienie ptakiem być między podniebnymi huśtawkami. Człowieka-gumy zaś – palcami swojej lewej stopy drapać swą prawą łopatkę, od przodu bądź od tyłu, to zupełnie obojętne, jak obojętne było na zeszłorocznym Festiwalu, i jak w tym samym miejscu obojętne będzie za rok. Eklezjastes nie mylił się. Nihil novi.
Oni wszyscy są w istocie wciąż tacy sami. Te same twarze, bliźniacze gesty, fabuły powracające niczym fraza spod igły, co na rysie płyty kica w miejscu. Czy nie jest to forma nieśmiertelności? Znużona mąka nie opuszcza twarzy klauna, a plakat Bartosza Siemaszkiewicza, głowa klauna, śpiącego gdzieś poza czasem, oblicze, które zmieniło biedną Zofię w słup soli – przypomina o ukrytym, nieusuwalnym sednie Festiwali Jerzego Zonia. O melancholii niezmienności, o nostalgii powrotów, o wierności powtórzeniom. Zwyczajnie – o teatrze. O Teatrze.
Paweł Głowacki – Melancholia mąki prababki Genowefy









