Achilles istnieje wyłącznie dzięki Homerowi.
Chateaubriand
Która? Ta? Miała szare okładki z czarnymi literami, lecz tytułu nie pamiętam, jak nie pamiętam wszystkich innych. Zostawiłem za plecami 10 metrów pękatych regałów, przede mną było ich jeszcze 20. Różnie o tym mówią, ale opinie kręcą się z reguły wokół jednej liczby. 25 tysięcy. Niech będzie. 25 tysięcy książek spoczywa na półkach przy ścianie długiego korytarza i w pokojach białego domostwa Studia Grom, siedziby Teatru STU nad jeziorem Leleskim pod Pasymiem. Szedłem wolno, znikałem w pokojach, co kilka kroków zamierałem z palcem na papierowym grzbiecie. Ten? Szukałem tomu „pierworodnego”. A może ten, cienki, chłopięco kruchy? Czy to on?
Na ruchome piaski teatru Jerzy Zoń wstępował jako postać w „Senniku polskim”, owszem – lecz także w roli bibliotekarza Krzysztofa Jasińskiego. Więcej – był bibliotekarzem i zarazem Marco Polo, gdyż wtedy, w połowie lat 70. ubiegłego stulecia, zdobycie istotnej książki wymagało krzepy Zampano z „La Strady”, maniakalnego uporu w podróżowaniu dokoła kuli ziemskiej Krakowa, a także nosa posokowca wyczulonego na woń czcionek. Słowem – Zonia wymagało. Dla niego, który w trakcie okołoziemskich wędrówek STU maszt okrętowy nosił pod pachą swobodnie i lekko niczym księgowy pustą aktówkę – zdobycie nawet książki jeszcze nienapisanej było dziecinnie łatwe. Miał zatem Jasiński rację, płacąc przypominającemu Kozi Wierch Zoniowi za samotne tropienie mądrego papieru. Ale tkwiła też w wędrownym bibliotekarstwie Zonia stara reguła teatru.
Pod koniec lipca, z okazji 60. urodzin STU Jasiński zaprosił do białego domostwa na trzydniową biesiadę sędziwych współtwórców STU. Scenografowie, literaci, aktorzy, kompozytorzy, wierni kibice… Zjechali nad jezioro na pozór po nic. Ot, żeby popatrzeć na siebie, usłyszeć się wzajem. Nad szklaneczkami nocą wyłuskać z białych głów pięć, dziesięć pożółkłych monideł. Trochę niedowierzać, iż mogło być aż tak. Lub milczeć podczas sennych spacerów po mchach parku, bez celu lub nad jezioro gładkie i ciche u brzegów. Lecz czym by nie było wypełnione to trzydniowe i trzynocne nic – biesiadnicy zawsze mieli tuż obok straż trzymaną przez 25 tysięcy książek. Są tam, nie wątpię, akapity Jorge Luisa Borgesa, więc i ta fraza, zbudowana, jak gdyby specjalnie dla siwych gości: „Biblioteka jest bramą w czasie”. Gdyby więc ktoś zagubił się w mętnych swych monidłach – pomoc 25 tysięcy bajek była blisko. Pomoc zwłaszcza tych ksiąg, które przez lat 60 stały się w Teatrze STU źródłem 210 spektakli. Istnieje słowo lepsze niż „źródło”. Warunek. Księgi owe stały się warunkiem seansów, warunkiem koniecznym. Dawały zgodę. Kolejność rzeczy była tedy nieuchronna. Wpierw słowo, a później jego sceniczne ucieleśnienie. Zanim kształty, kolory, faktury i ciężary – zawsze wcześniej cudza opowieść. A w pewnym punkcie tego procederu STU – starego niczym sztuka teatru i uprawianego przez STU od chwili powstania w 1966 – w pewnym punkcie połowy lat 70. zeszłego wieku Zoń rusza w świat wokół Plant po opowieści czekające na teatr. Tak było. Lecz wciąż jest zagadką tytuł pierwszej księgi, którą ów Wenecjanin rodem z Pogórza Izerskiego upolował dla STU. Ale czy także nie dla siebie?
Pewnego dnia odszedł Zoń od Jasińskiego i założył teatr własny. Niejedyny odszedł, podobnie było z Włodzimierzem Staniewskim. Ruszyli w swoje światy, lecz zabrali z sobą rzeczony proceder, tę trójczłonową strukturę: opowieść, scena, wędrowanie. Wędrowanie w dosłownym znaczeniu, wokół globu, i wędrowanie metaforyczne, z nieważkiego słowa do słowa spetryfikowanego inscenizacją. W Gardzienicach Staniewskiego – był, jest warunek sędziwych fraz z papirusów oraz innych pergaminów. W KTO Zonia – był, jest warunek słów poezji i prozy. A spektakl – zawsze po słowach, frazach. W STU, w KTO, w Gardzienicach – spektakle wyrastają nie tylko z czytania znaków dni aktualnych, lecz także, może głównie, z uważnego czytania przepowiedni spisanych na papierach wielu odległych przeszłości.
Jak zatem brzmiał tytuł pierwszej zdobyczy Zonia? Rzecz jasna, jeśli sam bibliotekarz tego nie wyjawi – nie będzie wiadomo. Ale czy jego pamięć jest w mocy przywołać daleką chwilę, gdy dotknął „pierworodnego” grzbietu, przeczytał tytuł, a potem wszystko, prawie wszystko się zaczęło? Przeszłość nie jest niewzruszona. Jest wciąż inna. Jak w tym zdaniu z „Niewidzialnych miast”, zdaniu, które Italo Calvino stworzył jakby specjalnie dla Zonia, dla Jasińskiego i Staniewskiego, i jeszcze dla kilku innych upartych wędrowców.
A ty wiesz, że w czekającej cię długiej podróży, kiedy, aby nie dać się uśpić kołysaniu wielbłąda czy dżonki, zaczynasz przywoływać kolejno wszystkie swoje wspomnienia, twój wilk staje się innym wilkiem, twoja siostra – inną siostrą, twoja bitwa – innymi bitwami, w drodze powrotnej z Eufemii, miasta, gdzie cztery razy do roku wymienia się wspomnienia.
Tak pewnego popołudnia mawia Marco Polo do Kubłaj-chana. Przez wiele dni, na 130 stronach prozy Calvina, Wenecjanin opowiada Władcy tajemnicę 55 dalekich miast, których Władca nigdy nie zaznał i nie zazna. Stwarza mu je Marco słowami, buduje ze zdań, inscenizuje akapitami. Reżyseruje, tak, reżyseruje Kubłaj-chanowi 55 kruchych spektakli, których warunkiem są kawałki jakiejś rzeczywistości. Czy rzeczywistości prawdziwej, czy w baśniach zmyślonej – to zupełnie obojętne. Kubłaj-chan słucha pokornie. Kubłaj-chan wreszcie widzi naprawdę. Pocieszam się wyobrażeniem, iż pierwszą zdobyczą Zonia- bibliotekarza był właśnie napisany teatr Itala Calvina.
Fot. “Sennik Polski” – materiały prywatne Teatru STU










