Cierpliwe bajki

Udostępnij:
Share on facebook
Share on twitter

Tekst Pawła Głowackiego o 34. edycji ULICA Festival

Cierpliwe bajki 

Razu jednego przyniósł gniazdo sikorek z małymi i posadził je na drzewie. Potem ktoś mu przyniósł z lasu wiewiórkę, też ją puścił między groby. Ktoś inny dzięcioła. Ktoś kosa. Ktoś synogarlicę. I tak powoli życie wróciło na cmentarz.

Wiesław Myśliwski „Widnokrąg”

 

Nie będziesz już musiał przemykać się chyłkiem pod ścianami, strażak południe odtrąbi dla tłumów, nie dla pustki, Jerzy Zoń rower do drzewka przy uroczej cukierence Vis-à-vis przypnie leniwie jak przed zarazą, a sprowadzony przez Zonia artysta wędrowny wykona pod gołym niebem kilka gestów tak niecodziennych, że zdumieni przechodnie zatrzymają się na chwilę. Na przykład – stanie na rękach i kawałek tak przejdzie w rytmie poloneza, podbijając stopami papuzią piłkę. Słowem – wróci wczoraj. Znów będzie, co było, nim zaczęliśmy przemykać się chyłkiem pod ścianami – rozpocznie się Festiwal Teatrów Ulicznych. W dwóch etapach, lipcowym i wrześniowym – 34. raz powtórzy się stary wakacyjny rytuał teatralny Zonia. To nieuchronne, gdyż bajki, także uliczne, są cierpliwe. Wracają. Zawsze wracają. Jak choćby w Londynie, ponad cztery wieki temu, kiedy to po dwóch trupich latach zarazy, po czasie zamkniętych teatrów, po 730 wieczorach martwej iluzji wrócili aktorzy do miasta, wysprzątali teatralne gmachy, co nie miały dachów, nauczyli się nowych ról i otworzyli bramy. Nie czekali długo. Londyńczycy przybyli w mig, przyszli, aby znów, jak przed dwoma laty, gdy śmierć szyta była na ludzką miarę – stanąć przed sceną, lekko zadrzeć głowy i słuchać pod gołym niebem świeżych bajek, choćby „Snu nocy letniej” Williama Szekspira, zwłaszcza tych niepokojących, kończących bajkę słów Puka, co potrafił koziołki w powietrzu fikać niczym goście festiwalu Zonia. Jeśli nasze zwiewne cienie/ Budzą twe zniecierpliwienie,/ Pomyśl, widzu, żeś spał chwilę,/ Żeś te zjawy śnił – i tyle”.

Wrócą bajki nieuchronnie. Tak. Niebawem będą bądź już są, już się dzieją. Na ulicy Szewskiej lub u wylotu Grodzkiej na Rynek Główny. Albo w rogu Małego Rynku, przy Mikołajskiej. Albo na gigantycznej płycie przed strzelistym jak Dolomity kościołem w Podgórzu. Albo przed fontanną na Placu Szczepańskim, w przytomności majestatycznej kamiennej głowy Jana Matejki, tkwiącej w ścianie Pałacu Sztuki. Jeszcze u wejścia do Galerii Krakowskiej i może też pod pomnikiem Jana Nowaka-Jeziorańskiego w tamtych okolicach. W końcu na samych Rynku Głównym – przy kościółku św. Wojciecha, między pomnikiem Adama Mickiewicza a początkiem Floriańskiej, w cieniu Wieży Ratuszowej albo przy linii A-B. W jednym z tych miejsc bądź w kilku naraz – ktoś wędruje na rękach, podbijając stopami kolorową piłkę, ktoś nieludzko elastyczny sam siebie zmienia w gordyjski węzeł, ktoś z czerwoną piłką na nosie żongluje piętnastoma bananami, ktoś z wysokości szczudeł patrzy na Kraków litościwie i czule niczym Guliwer na krainę Liliputów, ktoś do niewidzialnych lin przyczepiony tańczy na ścianie Wieży Ratuszowej jak w „Burzy” Szekspira duszek Ariel pląsał w powietrzu nad wyspą Prospera. I wielu, wielu innych wędrownych cudaków inne bajki snuje przy pomocy kilku niecodziennych gestów – więc ludzie zatrzymują się na chwilę i stoją, patrzą, słuchają. Bo jak się nie zatrzymać, jeśli to wydarzenie cudaczne uwierać wyobraźnię zaczyna, nęci ją, budzi mózg z drzemki, z obojętności i skłania do dociekań, do snucia własnej opowieści?

Edward Gordon Craig, wielki admirator powietrza na scenie, który elżbietański teatr cenił głównie z powodu braku dachów w budynkach teatralnych, czyli z powodu ciągłej obecności gołego nieba nad sceną – w gmachu Arena Goldoni we Florencji, gdzie założył aktorską szkołę, wskazał ręką na sufit i rzekł: Wyciągnąłem stąd dwanaście cegieł, wpuszczając powietrze i naturalne światło. Gdy wyjmę dwadzieścia cztery, zadanie mego życia będzie spełnione. Zoń przyjąłby Craiga do swej trupy KTO bez egzaminu, zarazem tworząc z tych dwóch starych zdań motto Festiwalu Teatrów Ulicznych. A wiele lat po epoce Florencji, w środku trupiej zarazy, zwanej II Wojną Światową, Craig próbował żyć w Paryżu, żyć chyłkiem, pokątnie, na palcach. Pewnego dnia spotkał nagle na ulicy – u bukinistów – dwa niepozorne dziełka sztuki, powiedzmy, straganiarskiej: spis ulic Paryża w okresie Dyrektoriatu, wraz z listą osób i ich adresów, oraz notatnik profesjonalnych wizyt, jakie w tym samym okresie składał klientom tapicer. Kupił dwa dziełka Craig, gdyż podobnie jak uliczni cudacy Zonia – od pierwszego spojrzenia zaczęły go one kusić do dociekań. Z powodu tajemniczych godzinowych nieścisłości w zapisach bardzo metodycznego i dokładnego tapicera – legendarny reformator teatru, ze spisem oraz notatnikiem w garści, przez całe dwa lata trupiej zarazy odtwarzał trasy wędrówek tapicera, osobiście przemierzał jego paryskie ścieżki. Szedł i na kanwie godzinowych nieścisłości w zapisach, na osnowie białych plam czasu – tkał, dociekał, śledził, w końcu budował w wyobraźni wielką opowieść o dalekim życiu tapicera. I zbudował! Stworzył romans piękny, historię o miłości z klientkami, o wielu miłościach z wieloma zamężnymi właścicielkami dziurawych kanap, miłościach, które w godzinach przemilczanych przez notatnik dyskretny tapicer konsumował na meblach przeznaczonych do załatania.

Jeśli zatem bajki dobrze sobie radzą w środku zarazy nawet najczarniejszej – cóż dopiero mówić o ich mocach w czasach po śmierci zarazy! I czy w ogóle była jakaś, lecz naprawdę głęboka przerwa? Jakaś istotna zapaść? Studnia? Rów pełen dygoczącej niepewności jutra? Po prostu – czy letni festiwal Zonia cudownie wraca? Czy też jest oto znów, jest, jak był zawsze, jak zawsze trwał, czyli ze zwyczajnymi przerwami na jesień, zimę i wiosnę?

 

Scroll Up Skip to content